Czym jest trauma
Po którąkolwiek książkę byśmy nie sięgnęli, gdy zaczynamy mówić o traumie, już nie w potocznym znaczeniu tego słowa, lecz jako o określeniu sytuacji, która wywołuje określone konsekwencje, to zawsze mówimy obrazowo o „ranie”, która pozostaje po pewnego rodzaju wydarzeniach.
Są to wydarzenia z przeszłości, które były na tyle silne i destrukcyjne, że odbiły się na zdrowiu psychicznym człowieka, a często również na jego zdrowiu somatycznym.
Mówimy wtedy, że to wydarzenie nie zostało „dotknięte”, ponieważ mózg nie poradził sobie z całą mnogością informacji, które napłynęły w danym momencie do osoby doświadczającej sytuacji traumatycznej.
Mózg zrobił to, co potrafił najlepiej, ochronił nas, ale cena tej ochrony bywa wysoka.
W takich momentach uruchamiają się mechanizmy obronne, które mają nas chronić. Często sprawiają one, że nie pamiętamy części wydarzenia lub że lęk i strach, które pojawiły się w tamtym momencie, rozciągają się w czasie.
I nawet wtedy, gdy nic nam już realnie nie zagraża, ciało nadal czuwa, jakby wciąż trwało zagrożenie.
Warto pamiętać, że nie każde wydarzenie traumatyzujące czy potencjalnie traumatyczne musi pozostawić po sobie traumę w sensie klinicznym.
Wyobraźmy sobie kierowcę samochodu, który miał wypadek.
Część kierowców przeżyje to wydarzenie tak silnie, że nie będą w stanie ponownie wsiąść za kierownicę.
Ale inny kierowca, który uczestniczył w takim samym wypadku, wyjdzie z auta, otrzepie się i za chwilę znowu usiądzie za kółkiem.
Dlaczego tak się dzieje, dlaczego jedne osoby przeżywają dane zdarzenie jako traumatyczne, a inne nie?
To pytanie prowadzi nas do sedna zrozumienia zjawiska, do refleksji nad tym, że nie każde trudne wydarzenie pozostawia po sobie traumę, ale każde z nich ma potencjał, by, jeśli nie zostanie przepracowane, pozostawić ślad.
DEFINICJA TRAUMY
Ekspozycja na śmierć lub jej groźbę, poważne obrażenia lub przemoc na tle seksualnym w co najmniej jeden sposób:
1. bezpośrednie doświadczenie traumatycznego zdarzenia/zdarzeń
2.bycie świadkiem takiego zdarzenia, które przydarza się osobie
3.informację, że traumatyczne zdarzenie przydarzyło się bliskiemu krewnemu lub przyjacielowi – w przypadku faktycznej śmierci lub groźby śmierci członka rodziny lub przyjaciela zdarzenie musiało być gwałtowne lub być skutkiem wypadku;
4.doświadczanie powtarzalnej lub skrajnej ekspozycji na awersyjne szczegóły traumatycznych
wydarzeń (np. sanitariusze zabierający ludzkie szczątki; policjanci ciągle wystawiani na szczegóły
związane z przemocą wobec dzieci).
Trauma DSM 5 (APA, 2013)
Czy można uznać zdarzenie za traumatyczne, jeśli jest źródłem istotnego cierpienia, gdy jednostka
nie może sobie z nim poradzić samodzielnie i jest ono przyczyną skutków natury psychologicznej?
Widzą Państwo, że ta definicja wcale nie jest taka stara, ale pewnych rzeczy w niej brakuje. Bo np. : Czy można uznać zdarzenie za traumatyczne, jeżeli jest ono źródłem istotnego cierpienia, a jednostka nie może sobie z nim poradzić samodzielnie i doświadcza skutków natury psychicznej?
Cierpienie dziecka, które jest pozostawione pod opieką osób znęcających się nad nim, nie musi mieć znamion bezpośredniego narażenia na śmierć. Nie musi to być też zdarzenie przekraczające czy nadmiarowe, może to być sytuacja, która czegoś nie dostarcza, na przykład zaniedbanie emocjonalne.
Zaniedbania, jak pokazuje praktyka, są obecnie częstsze w gabinetach terapeutycznych niż przemoc fizyczna. Przynajmniej takie wrażenie mam w pracy prywatnej. Nie wiem, jak wygląda to w innych gabinetach, nie mam też dokładnych statystyk, jak obecnie przedstawia się problem przemocy fizycznej. Bardziej więc mówię o swoim doświadczeniu. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się też w pełni, jak wygląda skala przemocy seksualnej, ponieważ to właśnie na ten temat mamy najmniej badań.
Nie wszystko, co zostało opisane w definicji DSM-5, odnosi się do tego, co faktycznie pojawia się w gabinecie terapeutycznym. Co więcej, DSM-5 nie uwzględnia w swojej klasyfikacji zaburzeń związanych z tzw. kompleksowym PTSD, czyli traumą złożoną, o której również warto wspomnieć w dalszej części rozmowy.
Trauma ICD 11 (WHO)
Zespół stresu pourazowego (PTSD) może rozwinąć się po ekspozycji na niezwykle groźne lub przerażające wydarzenie lub serię zdarzeń. Złożone zaburzenie stresu pourazowego (Złożone PTSD – cPTSD) to zaburzenie, które może rozwinąć się po ekspozycji na wydarzenie lub serię zdarzeń o
wyjątkowo groźnym lub przerażającym charakterze, najczęściej przedłużające się lub powtarzające się zdarzenia, od których ucieczka jest trudna lub niemożliwa (np. tortury, niewolnictwo, kampanie ludobójstwa, przedłużająca się przemoc domowa, powtarzające się wykorzystywanie seksualne lub fizyczne w dzieciństwie).
https://icd.who.int/
Przerażające oznacza przerażające dla osoby, która tego doświadcza. To zawsze kwestia subiektywnego odbioru.
Dla przykładu, mój syn, kiedy ogląda horrory, świetnie się na nich bawi i potrafi się śmiać, podczas gdy dla mnie horrory są naprawdę przerażające.
Zobaczcie, to przecież zwykła sytuacja, nie odnoszę się tu do traumy, broń Boże w tym kontekście, ale nawet taka codzienna rzecz może być zupełnie inaczej odbierana przez różne osoby.
Jedno dziecko może mieć poczucie, że przerażające jest to, że nikt go nie zauważa w domu,
podczas gdy inne dziecko pomyśli: „to całkiem fajne, nikt nie zwraca na mnie uwagi, mogę robić, co chcę” i będzie z tego zadowolone.
Czy to drugie dziecko będzie miało inne trudności? Prawdopodobnie tak, podejrzewam, że takie konsekwencje mogą się pojawić,
ale niekoniecznie będziemy tu mówić o stresie pourazowym.
Najprostsze wytłumaczenie różnicy pomiędzy PTSD a kompleksowym PTSD, czyli tak zwaną traumą złożoną, polega na tym, że PTSD spada wprost na oś życia.
Jeżeli tu się rodzę, tutaj jest moment, w którym teraz jestem, i nagle wydarza się wypadek – nieprzewidywalne zdarzenie, na które w danym momencie nie jestem przygotowana, to właśnie ono tworzy wyrwę w moim doświadczeniu.
Jeżeli mój organizm, z całym swoim zasobem, nie poradzi sobie z tą sytuacją, a moja psychika będzie wracać do niej wciąż na nowo, próbując ją domknąć, chociażby w postaci koszmarów sennych, flashbacków, ruminacji czy silnych reakcji emocjonalnych, to prawdopodobnie mamy do czynienia z PTSD, czyli zespołem stresu pourazowego.
Natomiast jeśli sytuacja stresowa i traumatyzująca trwa długo, powtarza się i jest osadzona w relacji zależności, mówimy o kompleksowym PTSD.
Wyobraźmy sobie dziecko, które przez lata jest poniżane przez swojego rodzica. Słyszy, że jest beznadziejne, nic nie warte, nie ma prawa oddychać tym samym powietrzem, że powinno spać na zewnątrz, niezależnie od mrozu czy upału.
Jeżeli takie doświadczenia trwają miesiąc, pół roku, dwa lata, dziesięć lat, a dziecko nie ma możliwości wyjścia z tej sytuacji, nie może powiedzieć „odchodzę, rozwodzę się z wami, spakowałam się, do widzenia”, to mówimy o kompleksowym PTSD.
To właśnie brak możliwości ucieczki i zależność emocjonalna od sprawcy odróżnia traumę złożoną od klasycznego PTSD.
Warto zauważyć, że osoba wracająca z wojny, po miesiącach strzelania, zagrożenia życia i widoku śmierci, również doświadcza długotrwałego stresu, jednak w tym przypadku mówimy o PTSD, a nie o kompleksowym PTSD.
Dlaczego? Ponieważ na froncie nie dochodzi do traumatyzacji w relacji bliskiej. Żołnierz nie walczy ze swoim rodzicem, ani nie musi chronić swojego dziecka przed nim. To kluczowa różnica: w traumie złożonej źródłem cierpienia jest relacja, a nie jednorazowe zdarzenie.
W dalszej części opisu przyjrzymy się temu głębiej, tak aby w pełni zrozumieć, jak różne są mechanizmy i skutki obu rodzajów traumy, i jak można pomóc osobom, które ich doświadczyły.
Mechanizmy powstawania traumy
W momencie, gdy odbieramy ze świata zewnętrznego sygnał o zagrożeniu wywołujący u nas lęk, bariera bodźcowa wzrasta, powodując tym samym zmniejszenie dopływu bodźców przenoszących informacje i energię. Mechanizm ten ma za zadanie chronić psychikę człowieka przed nadmiernym przeciążeniem. Dlatego mózg nie pozwala nam w danym momencie zintegrować wszystkich bodźców dopływających
do niego (funkcja ochronna).
Rozwijając tę myśl: wtedy, kiedy organizm odbiera informację o zagrożeniu, natychmiast aktywuje się reakcja stresowa. Nasza wrażliwość na bodźce wzrasta, ciało zaczyna się zbroić i mobilizować.
W tym momencie dochodzi do zmniejszenia dopływu bodźców przynoszących informacje i energię, a organizm uruchamia mechanizm ochronny, który ma chronić psychikę przed przeciążeniem.
Jeżeli nasz umysł uzna, że nie jesteśmy gotowi, by doświadczyć całości wydarzenia, w którym się znajdujemy, włącza funkcję bezpieczeństwa, a wyłącza pewne „bezpieczniki”. Dzieje się tak po to, aby nie doszło do przeciążenia psychicznego, czyli aby nasz mózg nie doznał „zwarcia„.
Gdyby nie te mechanizmy, nasz umysł mógłby nie skontenerować ogromu informacji, co skutkowałoby zniekształceniem percepcji i zaczęlibyśmy widzieć lub słyszeć rzeczy, których nie ma.
Mózg w ten sposób chroni nas w sposób niezwykle skuteczny, ale jednocześnie to, że działa tak intensywnie, ma swoją cenę. Żyjemy w świecie przebodźcowania, a przy tym mamy bardzo małą świadomość tego, jak funkcjonuje nasz organizm. Każdy z nas korzysta z własnego ciała i umysłu codziennie, a jednak znamy je często gorzej niż obsługę pralki czy komputera. Gdybyśmy nie wiedzieli, jak działają te urządzenia, czulibyśmy się zagubieni, a jednak nie uczymy się wystarczająco o własnych mechanizmach psychofizycznych, nawet w szkole.
Zrozumienie tego, jak działa nasz organizm, daje ogromną szansę na to, aby po doświadczeniu sytuacji krytycznej tej, która nagle na nas spada pomóc ciału wrócić do równowagi.
Organizm powinien zostać wyprowadzony ze stanu zagrożenia, między innymi poprzez regulację neuroprzekaźników, czyli powrót do stanu spokoju. Czasem wystarczy symbolicznie wcisnąć hamulec, dać sobie chwilę oddechu, pozwolić ciału się ukołysać, żeby poczuć ulgę.
Niestety, często tego nie robimy. Zamiast tego myślimy o innych bardziej niż o sobie, nie chcemy sprawiać problemu, a w głowie słyszymy zakorzenione przekonania:
„Musisz być silna”, „Nie możesz się bać”, „To wstyd okazywać lęk”, „Faceci nie płaczą.”
Te sztywne przekonania, wraz z brakiem umiejętności pokazywania, że jesteśmy przeciążeni, prowadzą do tego, że popełniamy masę błędów.
Nie pozwalamy sobie na odpoczynek, blokujemy emocje i w efekcie nie działamy na własną korzyść, choć to właśnie zrozumienie i akceptacja reakcji ciała mogłyby stać się początkiem powrotu do równowagi.

Grafika powyżej, jest jednym z moich ulubionych narzędzi do wyjaśniania, jak reaguje człowiek na wzrost pobudzenia i różnego rodzaju trudności. Pochodzi z teorii poliwagalnej, która ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Jednak dla mnie w tej ilustracji najważniejsze jest to, że doskonale pokazuje, gdzie przebiega granica naszej tzw. normy stanu psychicznego, czyli poziomu pobudzenia, w którym funkcjonujemy na co dzień.
Cała zielona część grafiki symbolizuje stan równowagi, w którym czujemy się bezpieczni i spokojni. To moment, w którym układ współczulny i przywspółczulny współpracują ze sobą w harmonii. Jesteśmy wtedy otwarci na kontakt, obecność, zabawę, mamy poczucie stabilności i bezpieczeństwa. Oddychamy spokojnie, trawimy, ciśnienie i tętno są prawidłowe, układ odpornościowy pracuje bez zakłóceń, a ciało funkcjonuje w naturalnym rytmie.
Kiedy jednak poziom pobudzenia zaczyna wzrastać, włącza się reakcja stresowa. Uruchamiamy jedną z dwóch możliwych dróg: ucieczkę lub walkę. To wciąż stan, w którym mamy wpływ na sytuację, możemy działać, reagować, decydować.
Reakcja ucieczki to troska, niepokój, lęk, panika. Reakcja walki to gniew, złość, irytacja, frustracja.
Za obie odpowiada układ współczulny.
W tym stanie wzrasta ciśnienie krwi i tętno, wydziela się adrenalina i kortyzol, rozszerzają się źrenice, wzrasta dopływ tlenu do mięśni. Jednocześnie spada aktywność insuliny, trawienie i praca układu odpornościowego, ponieważ organizm przestaje zajmować się tym, co nie jest niezbędne do przetrwania. Cała energia zostaje skierowana na to, by walczyć lub uciekać.
Czasem jednak zdarza się, że osoba nie może ani uciec, ani się bronić. Wyobraźmy sobie dziecko, które jest molestowane przez dorosłego i nie ma komu o tym powiedzieć. Może już próbowało, ale usłyszało, że „nie wolno”, że „to tajemnica”, że „jeśli powiesz, stanie się coś złego”.
W takich sytuacjach uruchamia się trzeci mechanizm obronny – zamrożenie. Pojawia się odrętwienie, dysocjacja, wstyd, poczucie beznadziei, uwięzienia. Co więcej, sytuacja molestowania jest szczególnie złożona, ponieważ może dojść do fizjologicznej przyjemności w wyniku stymulacji narządów płciowych, mimo że psychicznie dziecko nie chce tego doświadczać. To rodzi ogromny konflikt wewnętrzny i pogłębia poczucie winy i wstydu.
W tym stanie uruchamia się grzbietowa gałąź nerwu błędnego, czyli część układu przywspółczulnego, odpowiedzialna za reakcję zamrożenia. Organizm wciska wtedy gaz i hamulec jednocześnie. Energia zostaje uruchomiona, ale nie może znaleźć ujścia, nie ma działania, pojawia się zatrzymanie i bezruch.
Niektóre źródła mówią, że zamrożenie jest dla organizmu formą małej śmierci. Ciało jest wypełnione energią, tętno i ciśnienie mogą być prawidłowe, ale energia nie zostaje uwolniona. Człowiek ma wrażenie, jakby był rozrywany od środka, jakby w ciele dochodziło do implozji.
Kiedy zamrożenie zaczyna ustępować, pojawiają się zawroty głowy, napięcie mięśni, bóle głowy, drżenie ciała, dyskomfort. Organizm wraca do aktywności poprzez te same wzorce, które wcześniej zostały zablokowane. Najpierw pojawia się niepokój, potem chęć ucieczki, a dopiero później powrót do równowagi.
Czasami jednak ten powrót się nie dokonuje. Organizm pozostaje zawieszony pomiędzy zamrożeniem a nadmiernym pobudzeniem, a wtedy reakcje stresowe mogą się utrwalać, wpływając na emocje, relacje i całe funkcjonowanie człowieka.
To właśnie ten proces – pokazany na grafice – pozwala zrozumieć, jak ciało reaguje na traumę i dlaczego nie zawsze możemy po prostu „uspokoić się” wolą. Ciało pamięta i potrzebuje bezpiecznego sposobu, aby powoli wrócić do równowagi.
Oś Podwzgórze – przysadka – nadnercza (HPA)
Oś podwzgórze-przysadka-nadnercza (HPA) to kluczowy układ neuroendokrynny, który reguluje reakcję organizmu na stres. Podwzgórze wydziela kortykoliberynę (CRH), który, stymuluje przysadkę do uwolnienia hormonu ACTH, a ten z kolei pobudza nadnercza do
produkcji kortyzolu. Ta oś odgrywa ważną rolę w regulacji metabolizmu, odporności, nastroju i innych procesów fizjologicznych.
Podwzgórze wydziela hormon CRH (kortykoliberynę), który pobudza przysadkę do wydzielania ACTH. Ten ostatni działając na korę
nadnerczy pobudza ją do wydzielania glikokortykosteroidów, głównie kortyzol.

Tak zwana oś podwzgórze–przysadka–nadnercza (HPA) to jedna z najważniejszych osi regulacyjnych w naszym organizmie. To właśnie ona zarządza reakcją stresową i uruchamia cały system, który ma za zadanie przeprowadzić nas przez sytuację zagrożenia.
W momencie, gdy mózg odbiera informację o niebezpieczeństwie, podwzgórze wysyła sygnał do przysadki mózgowej, a ta przekazuje go dalej do nadnerczy. W nadnerczach rozpoczyna się wtedy intensywna produkcja hormonów stresu, przede wszystkim adrenaliny i kortyzolu. To właśnie one mają przygotować organizm do działania, czyli do walki lub ucieczki.
To, co najważniejsze, to świadomość, że ta oś rzeczywiście istnieje i działa niezwykle precyzyjnie, ale również to, że nadmierna lub długotrwała aktywacja tej osi może prowadzić do poważnych zaburzeń.
Kortyzol, produkowany przez nadnercza, ma ogromny wpływ na funkcjonowanie całego organizmu. W krótkim czasie pomaga przetrwać stres, ale jego przewlekłe podwyższenie może zaburzyć metabolizm, osłabić odporność i doprowadzić do wielu problemów zdrowotnych. Podobnie adrenalina, która mobilizuje nas do działania, w nadmiarze prowadzi do nadmiernego pobudzenia, bezsenności, napięcia i zmęczenia nadnerczy.
Schemat, który pokazuję na grafice, ilustruje, jak wygląda ten proces krok po kroku.
Podwzgórze wydziela kortykoliberynę (CRH), która pobudza przysadkę mózgową, a ta wysyła sygnał do nadnerczy, by rozpoczęły produkcję kortyzolu.
W ten sposób uruchamia się cała reakcja alarmowa:
- Wzrasta poziom adrenaliny.
- Przyspiesza akcja serca.
- Obniża się temperatura ciała, ponieważ organizm ogranicza funkcje, które w danej chwili nie są niezbędne do przetrwania.
- Spada napięcie mięśniowe na początku reakcji, a następnie może gwałtownie wzrosnąć.
- Organizm zaczyna wykorzystywać zasoby żelaza (ferrytyny), aby mieć więcej energii do działania.
- Zwiększa się poziom glukozy i pojawia się nadkwaśność żołądka, co ma pomóc w szybkim trawieniu – ciało chce się „odciążyć”, by móc uciekać.
Jeśli stres trwa dłużej, organizm przechodzi w fazę odporności, zaczynając odpornieć na działanie stresora. Wtedy pojawiają się kortykosteroidy, które mogą utrzymywać się nawet kilka dni po ustąpieniu stresu. Dlatego wydarzenie, które miało miejsce dziś, może oddziaływać na nasz organizm jeszcze przez wiele dni, a czasem nawet tygodni.
Kiedy jednak stres staje się przewlekły, a ciało nie ma możliwości wyciszenia osi HPA, wchodzimy w stan, który nazywam „syndromem surykatki”.
To moment, gdy człowiek ciągle czuwa, jest w gotowości, rozgląda się wokół, szuka potencjalnego zagrożenia. Ciało żyje w przekonaniu, że „coś się wydarzy”, nawet jeśli realnego zagrożenia już nie ma.
W takim stanie neuroprzekaźniki stresu są stale produkowane, co prowadzi do przeciążenia organizmu, zaburzeń snu, obniżonego nastroju i w końcu do wyczerpania.
Długotrwałe działanie osi HPA skutkuje hiperkortyzolemią, czyli nadmiernym poziomem kortyzolu. W efekcie pojawiają się:
- Zaburzenia metabolizmu,
- Insulinooporność,
- Problemy z tarczycą, takie jak Hashimoto,
- Zaburzenia hormonalne, w tym zanik miesiączkowania.
Organizm, który nie ma już siły, rezygnuje z procesów, które nie są niezbędne do przetrwania. Nie myśli o rozrodzie ani regeneracji, jego jedynym celem staje się utrzymanie się przy życiu.
Dlatego właśnie zrozumienie funkcjonowania osi podwzgórze–przysadka–nadnercza jest tak ważne. Pokazuje, że reakcja stresowa nie kończy się w chwili, gdy zagrożenie mija, ale że ciało potrzebuje czasu, wsparcia i równowagi, by naprawdę wrócić do stanu spokoju.
Braki w ferrytynie mogą być objawem długotrwałego stresu. Kiedy stres utrzymuje się zbyt długo, nawet jeśli nie ma on intensywności „wojny” na poziomie dziesięć w skali od jeden do dziesięciu, lecz jest ciągły i przewlekły, zaczyna niszczyć zasoby organizmu.
Wyobraźmy sobie, że stres o umiarkowanym nasileniu, powiedzmy na poziomie 2–3, utrzymuje się tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Wtedy organizm zużywa swoje zapasy, ferrytyna zostaje „wyjedzona”, co może prowadzić do anemii.
Podobnie dzieje się z układem pokarmowym, wrzody i refluks są częstymi konsekwencjami długotrwałego napięcia. Oczywiście, nie zawsze ich przyczyna leży w stresie, bo czasem mogą wynikać z wad wrodzonych lub niedojrzałości przewodu pokarmowego, jednak w większości przypadków długotrwały stres jest istotnym czynnikiem ryzyka.
Bardzo dobrze, reakcja organizmu została opisana w książce Roberta Sapolsky’ego „Dlaczego zebry nie mają wrzodów”, To fantastyczna pozycja, która w przystępny, czasem wręcz zabawny sposób, pokazuje, co dzieje się w naszym organizmie pod wpływem stresu. Sapolsky prowadzi czytelnika przez złożone procesy biochemiczne, tłumacząc, jak reagują nasze hormony i neuroprzekaźniki, oraz dlaczego zwierzęta potrafią się regenerować po stresie, a ludzie często nie.
Dzięki tej lekturze można zrozumieć, jak bardzo organizm ludzki jest przeciążony, gdy stres nie ustępuje, i jak ogromną cenę płacimy za ciągłą gotowość.
Warto też wspomnieć o tym, że stres wpływa nie tylko na kobiety, ale również na mężczyzn. Długotrwałe napięcie może obniżać jakość nasienia, zmniejszać liczbę i ruchliwość plemników, a także wpływać na poziom hormonów odpowiedzialnych za płodność.
To wszystko razem sprawia, że trudności w zajściu w ciążę mogą mieć swoje źródło nie tylko w biologii, ale również w psychofizjologicznym przeciążeniu organizmu.
Dodatkowo współczesne czynniki, takie jak późniejszy wiek decydowania się na dziecko czy styl życia zdominowany przez stres, tylko potęgują te problemy.
Na koniec warto wspomnieć o teorii zapalnej cytokin, o której mówi m.in. prof. Samochowiec.
Według niej stres przewlekły prowadzi do stanu zapalnego w organizmie, co z kolei zaburza funkcjonowanie układu odpornościowego, hormonalnego i nerwowego. To pokazuje, że stres to nie tylko stan emocjonalny, ale również fizjologiczna reakcja, która jeśli trwa zbyt długo, może realnie szkodzić ciału.

Wiedza neurobiologiczna jest w praktyce jednym z najskuteczniejszych narzędzi pracy z osobami po traumie, ponieważ pozwala im zrozumieć, co dzieje się w ich ciele i dlaczego.
To zrozumienie daje ulgę i poczucie sprawczości, bo jeśli wiem, że nie „wariuję”, tylko mój układ nerwowy próbuje mnie chronić, zaczynam odzyskiwać kontrolę nad sobą.
Kiedy pracuję z pacjentami, zawsze staram się ich osadzać w psychoedukacji, czyli tłumaczyć, jak działa ich organizm.
Pokazuję, że w każdym z nas funkcjonują dwa główne „pedały” – gaz i hamulec.
Gaz to układ współczulny, który uruchamia się, gdy robimy wdech: mobilizuje, przyspiesza tętno, przygotowuje ciało do działania.
Hamulec to układ przywspółczulny: włącza się przy wydechu, spowalnia rytm serca, pozwala się uspokoić i regenerować.
Gdy ktoś przez cały dzień funkcjonuje „na gazie” – pod napięciem, w stresie, w pośpiechu, w pracy pełnej bodźców, jego układ nerwowy nie ma przestrzeni na hamowanie. Organizm zbiera wtedy coraz więcej napięcia, które w końcu musi znaleźć ujście.
Jeśli nie nastąpi naturalne wyciszenie, ciało „wysiada”, zaczynają się problemy ze snem, napięcia mięśniowe, bóle brzucha, wahania ciśnienia, a w dłuższej perspektywie, zaburzenia lękowe lub depresyjne.
Ta wiedza neurobiologiczna jest więc po to, by uczynić z ciała sojusznika, a nie wroga. Pomaga pacjentom zauważyć, że objawy, które odczuwają, mają sens, są komunikatem organizmu: „Zatrzymaj się, potrzebuję odpoczynku.”
Czasem pacjenci przynoszą też wyniki badań. Nie wszystkie potrafię odczytać szczegółowo, ale wiem, na co zwracać uwagę.
Jeśli coś mnie niepokoi, konsultuję się z lekarzem psychiatrą lub innym specjalistą, żeby upewnić się, czy to, co dzieje się w ciele, nie ma źródła fizjologicznego. Bo choć trauma jest doświadczeniem psychicznym, jej skutki są głęboko zakorzenione w biologii.
Dlatego właśnie uważam, że każdy terapeuta powinien znać podstawy neurobiologii. Nie po to, by diagnozować choroby, ale po to, by rozumieć człowieka w całości, z jego emocjami, ciałem i układem nerwowym, które razem opowiadają historię traumy.
Trauma duża, trauma mała
Chciałabym wyjaśnić, czym jest trauma mała i trauma duża, nazywana też czasem traumą przez małe „t” i traumą przez duże „T”.
W literaturze psychologicznej można spotkać się z tymi określeniami, jednak warto pamiętać, że nie odnoszą się one do „siły” czy „ważności” traumy. Nie oznaczają, że jedna jest mniej bolesna, a druga bardziej. Różnica leży raczej w naturze i czasie trwania doświadczenia.
Na początku wspominałam, że niektóre wydarzenia spadają na człowieka jak grom z jasnego nieba – są nagłe, intensywne, przerażające, pozbawiające poczucia kontroli i możliwości reakcji. To właśnie trauma przez duże T.
To sytuacja, w której człowiek doświadcza bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia, np. wypadku samochodowego, napadu, gwałtu, katastrofy naturalnej.
Dzieje się tu i teraz, nie dwa dni wcześniej ani dwa dni później.
Jej skutki mogą prowadzić do zaburzeń afektywnych i lękowych, a także do rozwoju zespołu stresu pourazowego (PTSD).
Z kolei trauma przez małe „t” to doświadczenie rozciągnięte w czasie – długotrwałe poczucie zagrożenia, bezradności lub braku bezpieczeństwa. To nie pojedyncze wydarzenie, ale ciąg powtarzających się sytuacji, które stopniowo podkopują poczucie własnej wartości, bezpieczeństwa i zaufania do świata.
Przykłady traumy przez małe t to:
- dorastanie w domu, gdzie stale obecny jest lęk, przemoc emocjonalna lub chłód emocjonalny,
- życie w związku z partnerem przemocowym,
- bycie dorosłym poddawanym przemocy ze strony własnego dziecka,
- zaniedbanie emocjonalne, brak wsparcia, lekceważenie potrzeb psychicznych.
Pięknym, choć przerażającym przykładem tego zjawiska jest film „Ballada o Januszku” – historia dziecka, które doświadczało przemocy, a potem samo stało się sprawcą wobec rodziców. To właśnie cykl traumy powielanej, która nie została przepracowana.
Czasem ludzie buntują się przeciw temu nazewnictwu. Jeden z uczestników moich zajęć powiedział kiedyś:
„Proszę mi nie mówić, że dziecko, które było katowane przez rodziców, trafiło do domu dziecka, i żyje w poczuciu opuszczenia, przeżywa małą traumę”.
I miał rację — określenie „mała” nie oznacza, że jest nieistotna. Chodzi o to, że jest rozciągnięta w czasie, a nie o to, że mniej boli.
W wielu publikacjach spotkacie się Państwo z takim rozróżnieniem, dlatego warto zapamiętać, że trauma przez małe t bardzo często łączy się z pojęciem traumy złożonej (complex PTSD).
To nie jest jedno wydarzenie, które minęło — to ciąg doświadczeń, które nakładają się na siebie jak warstwy, tworząc efekt kuli śnieżnej.
Każdy kolejny trudny epizod dokłada nowe cierpienie, nowe deficyty, nowe przekonania o sobie i świecie.
Z czasem te trudności zaczynają się ze sobą mieszać, a osoba traci zdolność do zdrowej regulacji emocji, zaufania i relacji.
Dlatego, gdy mówimy o traumie, warto pamiętać, że nie zawsze chodzi o jedno dramatyczne wydarzenie.
Czasem trauma to setki małych ran, które nakładają się na siebie przez lata, aż w końcu zaczynają boleć tak samo głęboko jak jedna wielka rana.

Kryzys
Lawrence M. Brammer (1985)
Stan zdrowotny, cechujący się silnym napięciem i dezorientacją, w którym ludzie doświadczają frustracji ważnych celów życiowych lub głębokiego naruszenia ich celów życiowych, zawodności dotychczasowych metod radzenia sobie.
Gdy zaczynamy mówić o traumie, nie sposób pominąć pojęcia kryzysu, ponieważ każda trauma zaczyna się właśnie od niego.
Kryzys to stan, w którym człowiek doświadcza silnego napięcia emocjonalnego i dezorientacji, a jego dotychczasowe sposoby radzenia sobie przestają działać.
Według Brammera, to moment frustracji lub głębokiego naruszenia ważnych celów życiowych, poczucia utraty sensu i kontroli nad własnym życiem.
Ta definicja dobrze opisuje doświadczenie osób dorosłych, które mają jasno określone wartości i cele.
Jednak w przypadku dziecka warto spojrzeć na kryzys inaczej. Dziecko nie ma jeszcze świadomych celów życiowych, ale ma fundamentalne potrzeby emocjonalne: bycia zauważonym, zaopiekowanym, przyjętym z emocjami, wysłuchanym, ukojonym.
To właśnie one stanowią dla niego „cele” rozwojowe.
Gdy te potrzeby nie są zaspokajane, dochodzi do naruszenia jego wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa.
Dziecko, które płacze, potrzebuje, by rodzic je utulił, Jeśli jednak rodzic jest pijany, nieobecny lub odsuwa dziecko, mówiąc „przestań płakać”, „nie przesadzaj”, „nie bądź mięczakiem” dziecko otrzymuje komunikat, że jego emocje są nieważne lub błędne.
Z perspektywy psychologii rozwojowej wiemy, że to właśnie dorosły pełni funkcję regulatora emocjonalnego dziecka.
To rodzic „pożycza” dziecku swój układ nerwowy, by pomóc mu poradzić sobie z napięciem.
Jeśli tego nie robi, dziecko pozostaje samo w napięciu, które staje się dla niego niezrozumiałe i przerażające.
Z czasem dziecko uczy się, że jego emocje nie mają znaczenia. Nie uczy się ich regulować, uczy się je wyłączać.
Przestaje wołać o pomoc, przestaje ufać, że ktoś może je wesprzeć. Zaczyna się oddzielać od swoich uczuć, tworząc iluzję, że wszystko jest w porządku, że „tak ma każdy”.
W ten sposób kształtuje się wzorzec odłączania od emocji, który w dorosłym życiu może prowadzić do trudności w rozpoznawaniu własnych potrzeb, braku kontaktu z ciałem, a nawet do objawów psychosomatycznych.
W tym kontekście koncepcja Brammera pozostaje w pełni trafna. Kryzys jest momentem, w którym dotychczasowe sposoby radzenia sobie zawodzą. Dziecko, które nie doświadcza regulacji i bezpieczeństwa, nie rozwija zdolności radzenia sobie z napięciem, ponieważ nigdy nie nauczyło się, że można to napięcie złagodzić. Zamiast tego uczy się milczeć, zamierać i znikać emocjonalnie, a czasem dosłownie.
To właśnie w takich niewidzialnych, codziennych doświadczeniach w nieusłyszanych płaczach, w braku odpowiedzi, w zawstydzaniu emocji zaczyna się wiele traum przez małe „t”.
Krytyczne wydarzenia

Kryzys może mieć charakter traumatyczny, ale nie każdy kryzys musi prowadzić do traumy i właśnie to jest kluczowe, by zrozumieć dynamikę ludzkiego reagowania.
Jak pokazują uproszczone modele, wydarzenia krytyczne mogą być zarówno pozytywne, jak i negatywne, a mimo to prowadzić do silnych reakcji emocjonalnych i konieczności reorganizacji dotychczasowego życia.
Weźmy przykład narodzin dziecka.
To z pozoru wydarzenie radosne, wyczekiwane, pełne nadziei. Wszystko jest przygotowane: pokój, ubranka, emocje rodziców.
Kiedy jednak dziecko już przychodzi na świat, codzienność okazuje się inna niż w wyobrażeniach. Mama jest wyczerpana, niewyspana, dziecko stale potrzebuje jej obecności, tata wycofuje się z łóżka, by pozwolić żonie na odpoczynek z dzieckiem i tak mija kilka miesięcy.
Bliskość znika, relacja partnerska zamienia się w relację rodzic–rodzic.
I oto to, co miało być pozytywnym punktem zwrotnym, staje się kryzysem systemu rodzinnego, bo wymaga całkowitej reorganizacji dotychczasowych ról, planów i relacji.
Podobnie dzieje się w innych sytuacjach.
Pozytywne wydarzenia – jak awans zawodowy – również mogą wywołać kryzys. Awans wiąże się z radością, uznaniem i prestiżem, ale też z utratą wcześniejszych relacji. Koledzy zaczynają zachowywać dystans, zmienia się układ sił, komunikacja staje się bardziej formalna, pojawia się presja odpowiedzialności. Nagle człowiek odkrywa, że to, co miało być sukcesem, wymaga od niego nowych umiejętności emocjonalnych i adaptacji do nieznanych sytuacji.
Z kolei wydarzenia negatywne, jak strata dziecka, poronienie, śmierć bliskiej osoby, niosą w sobie oczywisty potencjał traumatyczny.
Nie tylko dlatego, że wiążą się z bólem, ale dlatego, że burzą fundamentalne przekonanie o bezpieczeństwie świata, o tym, że życie ma sens i przewidywalność. W takich przypadkach człowiek doświadcza pęknięcia w strukturze własnego świata psychicznego, które wymaga długiego procesu scalania.
Jednak niezależnie od tego, czy mówimy o wydarzeniu pozytywnym czy negatywnym, każde wydarzenie krytyczne wymaga reorganizacji systemu, w którym funkcjonujemy.
Organizm, zarówno psychiczny, jak i fizjologiczny potrzebuje czasu, by dostosować się do nowej rzeczywistości.
Ta reorganizacja może przebiegać łagodnie, jeśli mamy wsparcie, zasoby i zrozumienie tego, co się dzieje, ale jeśli pojawia się poczucie utraty kontroli, chaosu i osamotnienia, kryzys może przerodzić się w doświadczenie traumatyczne. Nie dlatego, że wydarzenie samo w sobie jest „duże” lub „małe”, ale dlatego, że nasz system nerwowy nie znalazł sposobu, by je pomieścić, zrozumieć i przetworzyć.
Jakie mechanizmy i stresory warunkują powstawanie traumy

To, czy sytuacja stanie się dla człowieka traumą, nie zależy wyłącznie od jej intensywności, ale od całego kontekstu. Od tego, kim jest człowiek, co przeżywa w chwili zdarzenia i co wydarzy się później.
W literaturze opisuje się trzy okresy: przedtraumatyczny, traumatyczny i potraumatyczny.
Każdy z nich ma ogromne znaczenie.
W okresie przedtraumatycznym człowiek wchodzi w zdarzenie z określonym bagażem emocjonalnym i doświadczeniem.
Jeśli wychował się w rodzinie wspierającej, w której mógł mówić o emocjach, nauczył się radzić sobie z napięciem i czuje, że ma prawo się bronić jego układ nerwowy ma większą odporność. Taka osoba, nawet w obliczu potencjalnie traumatycznego zdarzenia, potrafi szybciej się zorganizować, myśleć racjonalnie, a potem przetworzyć emocje i wrócić do równowagi.
Dla porównania ktoś, kto żyje w przewlekłym napięciu, doświadcza przemocy, czuje się bezwartościowy i zmęczony, ma już deficyty odporności psychicznej na starcie. Kiedy wydarza się coś trudnego, jego zasoby są zbyt małe, by sobie poradzić. To, co dla jednej osoby jest tylko przykrym doświadczeniem, dla innej może być punktem załamania.
W okresie traumatycznym decydujące staje się to, jak dana osoba interpretuje wydarzenie i jakie nadaje mu znaczenie.
Dwie osoby mogą przeżyć dokładnie to samo, na przykład wypadek samochodowy.
Jedna pomyśli: „Samochód miał mnie chronić i zrobił to. Jestem cała, miałam szczęście.”
Druga natomiast powie: „To moja wina, znowu coś zepsułem. Lepiej, żebym nigdy więcej nie prowadził.”
Ta interpretacja uruchamia poczucie winy, bezradność, lęk i może prowadzić do rozwoju objawów pourazowych.
Ogromne znaczenie ma też reakcja otoczenia czy pojawi się wsparcie i troska, czy raczej krytyka i obwinianie.
Słowa typu: „Najważniejsze, że nic ci się nie stało” potrafią działać jak plaster.
Natomiast: „Znowu coś zrobiłaś” mogą na długo utrwalić poczucie zagrożenia.
W okresie potraumatycznym najważniejsze jest to, co dzieje się tuż po zdarzeniu.
Czy człowiek ma przestrzeń, by odpocząć, dojść do siebie, pozwolić ciału i psychice się uspokoić. Czy może natychmiast musi wrócić do obowiązków, udawać, że nic się nie stało. Jeśli otoczenie daje czas, wsparcie i zrozumienie organizm ma szansę wrócić do równowagi.
Jeśli nie, napięcie się utrwala, a trauma zaczyna zakorzeniać w ciele i psychice.
Dlatego w praktyce nie samo wydarzenie decyduje o tym, czy powstanie trauma, ale cały kontekst: przeszłość, interpretacja i to, co dzieje się potem. To, jak człowiek zostanie potraktowany, czy ktoś pomoże mu się uspokoić, czy dostanie prawo do przeżycia emocji. To wszystko zdecyduje, czy z czasem odzyska równowagę, czy też jego ciało zapamięta lęk i napięcie jako stały stan.
Rodzaje reakcji pourazowych

W książce Podstawy terapii traumy znalazłam kilka rzeczy, które warto tutaj Państwu opisać.
Jeśli mówimy o rodzajach reakcji pourazowych, to dobrze jest zobaczyć, jak szeroki może być ich zakres.
Autorzy proponują podział na kilka grup, który choć nie jest klasyfikacją kliniczną, dobrze pokazuje, jak różnorodne mogą być skutki traumy.
Podział obejmuje: zaburzenia związane z depresją, zaburzenia lękowe, zaburzenia stresowe oraz objawy somatyczne i zaburzenia powiązane.
W zaburzeniach związanych z depresją często pojawia się żałoba powikłana lub traumatyczna, duża depresja, a także depresja psychotyczna, w której osoba doświadcza omamów słuchowych lub wzrokowych. W takich przypadkach zawsze warto wrócić do historii życia i zapytać o doświadczenia urazowe. Bo bardzo często właśnie tam, w przeszłości, kryje się źródło dzisiejszego cierpienia.
Nieleczone rany, które kiedyś były zbyt bolesne, by o nich mówić, wracają po latach już w postaci depresji.
W zaburzeniach lękowych pojawia się lęk uogólniony, napady paniki oraz lęki fobiczne.
Mam takie przekonanie, że niektóre fobie mogą być przenoszone z pokolenia na pokolenie, nie genetycznie, lecz przez obserwację i modelowanie. Dziecko, które dorasta w domu pełnym lęku, uczy się reagować tak samo. Nie musi wiedzieć, dlaczego się boi, jego ciało i układ nerwowy już to zapamiętały. To dlatego w pracy z lękiem tak ważne jest zrozumienie, w jakim środowisku emocjonalnym dorastał pacjent i jakich reakcji nauczył się od swoich bliskich.
W zaburzeniach stresowych mówimy już o sytuacjach, w których doświadczenie traumy zostawia trwały ślad.
To między innymi zespół stresu pourazowego (PTSD), ostre zaburzenia stresowe i dysocjacja.
Dysocjacja to jeden z najciekawszych i jednocześnie najbardziej niezrozumianych mechanizmów obronnych. To moment, w którym psychika mówi: „tego już za dużo, odłączam się, żeby przetrwać”. Człowiek może wtedy wyglądać, jakby był obecny, ale emocjonalnie „go nie ma”.
Ciało trwa w zamrożeniu, serce bije wolniej, oddech się spłyca. To nie słabość to sposób, w jaki układ nerwowy ratuje człowieka przed przeciążeniem.
W grupie objawów somatycznych i zaburzeń powiązanych mieszczą się wszystkie te reakcje, w których ciało przejmuje na siebie ciężar emocji.
Pojawiają się bóle, napięcia, tiki, drżenia, drętwienia, sztywność ciała, a czasem nawet utraty głosu czy chwilowy paraliż.
To właśnie zaburzenia konwersyjne, wtedy, gdy ciało mówi za psychikę, bo ta nie może już nic powiedzieć.
I wreszcie kompleksowy zespół stresu pourazowego, czyli tzw. C-PTSD.
Powstaje w wyniku długotrwałego narażenia na stres i przemoc, zwłaszcza wtedy, gdy człowiek nie miał możliwości ucieczki jak dziecko w rodzinie dysfunkcyjnej, osoba żyjąca w toksycznym związku, ktoś, kto latami był zawstydzany, kontrolowany lub zastraszany.
Do tego dochodzi zaburzenie określane jako DESNOS – inne zaburzenie po ekstremalnym stresie, które nie mieści się w typowych kategoriach diagnostycznych.
W takich przypadkach obserwujemy trudności w regulacji emocji, skłonność do impulsywności, drażliwość, napady gniewu, ale też głęboki smutek i poczucie pustki. U młodzieży mogą pojawiać się samouszkodzenia, które nie wynikają z intencji samobójczych, lecz są desperacką próbą regulowania siebie, odzyskania kontroli nad ciałem i emocjami.
Wśród zaburzeń pourazowych pojawia się również zaburzenie o destrukcyjnej regulacji nastroju, czyli stan, w którym emocje wymykają się spod kontroli. Często towarzyszą mu zachowania autoagresywne bez intencji samobójczych, które nie są próbą odebrania sobie życia, lecz desperacką próbą odzyskania kontaktu z ciałem i emocjami.
Takie zachowania najczęściej obserwuje się u młodzieży i dzieci, które przez lata doświadczały stresu, przemocy lub emocjonalnego zaniedbania.
Niektóre młode osoby opisują w terapii następujące zjawisko: mają wrażenie, że ich ciało nie kończy się w oczywisty sposób, że granica między nimi a światem zewnętrznym jest rozmyta. Mówią, że czują się „rozpikselowane”, „rozlane”, jakby ich granice się rozmywały.
To wrażenie jest często skutkiem długotrwałego przeciążenia układu nerwowego. Organizm, który przez lata musiał „wytrzymać” zbyt wiele, traci zdolność do odczuwania siebie w pełni. Mechanizmy obronne, które miały chronić, zaczynają się rozpadać.
W takich momentach organizm broni się w sposób paradoksalny tzn. uwalnia endogenne opioidy, które działają przeciwbólowo, tłumiąc odczuwanie ciała. Dlatego u części młodych osób pojawiają się zachowania autoagresywne: okaleczanie się nie dlatego, że chcą sobie zaszkodzić, ale dlatego, że chcą poczuć, gdzie się kończą. Nie czują bólu, ale czują granicę – „tu jestem ja”.
To dramatyczny, ale głęboko biologiczny sposób odzyskiwania poczucia istnienia.
Do tej grupy należą też inne zaburzenia emocjonalne, w których emocje „eksplodują” zamiast być regulowane jak zaburzenie eksplozywne przerywane, czy zaburzenia więzi, które wynikają z braku bezpiecznej opieki we wczesnym dzieciństwie.
W dorosłości ujawniają się one trudnościami w relacjach, niestabilnością emocji i problemami z zaufaniem.
Zaburzenia te często współwystępują z trudnościami w kontroli impulsów, a także z osobowością typu borderline.
Warto jednak pamiętać, że pojęcie borderline nie funkcjonuje już w taki sposób, jak dawniej.
W nowszych klasyfikacjach (ICD-11) mówimy o zaburzeniu osobowości z cechami typu borderline, określając przede wszystkim poziom zaburzenia i cechy dominujące, a nie przyklejając jedną etykietę. To zmiana, która ma ogromne znaczenie, zwłaszcza w pracy z młodzieżą.
Bo jeśli piętnasto czy siedemnastolatka reaguje emocjonalnie, impulsywnie, z silnym napięciem i lękiem przed odrzuceniem, to jeszcze nie znaczy, że jej osobowość jest zaburzona. Ona dopiero się kształtuje. Jeśli w tym czasie uda się wprowadzić korekty emocjonalne, zbudować poczucie bezpieczeństwa i znaleźć choć jedną dorosłą osobę, która prawidłowo odzwierciedli i skonteneruje emocje, to taka młoda osoba ma ogromną szansę na zdrowy rozwój. W dorosłości nie będzie już spełniała kryteriów osobowości borderline, zamiast tego nauczy się regulować emocje w sposób, którego wcześniej nikt jej nie pokazał.
Dlatego etykietowanie nastolatków „borderline” jest nie tylko błędne, ale i krzywdzące. Na tym etapie osobowość wciąż jest plastyczna, a terapia może odegrać kluczową rolę w jej prawidłowym kształtowaniu.


W swojej książce Strach ucieleśniony Bessel van der Kolk opisuje zjawisko, które wciąż budzi dyskusje tzn. rozwojowe zaburzenie pourazowe (Developmental Trauma Disorder, DTD).
To pojęcie nie zostało jeszcze formalnie włączone do klasyfikacji diagnostycznych, ale coraz częściej pojawia się w literaturze i praktyce klinicznej.
DTD to obraz dziecka, które dorastało w ciągłym stresie, lęku, przemocy lub emocjonalnym zaniedbaniu, czyli w środowisku, które nie dawało mu poczucia bezpieczeństwa. Nie chodzi tu o pojedyncze wydarzenie traumatyczne, ale o długotrwałe, codzienne doświadczenia przekraczające możliwości adaptacyjne dziecka.
Van der Kolk opisuje trzy główne obszary, w których widoczne są skutki takiego urazu rozwojowego:
- trudności w regulacji emocji i impulsów,
- problemy z koncentracją, uwagą i pamięcią,
- zaburzenia w relacjach – zarówno z innymi, jak i z samym sobą.
Dziecko z DTD nie potrafi czuć się bezpiecznie nawet wtedy, gdy zagrożenie już minęło. Jego układ nerwowy pozostaje w stanie gotowości, ciało stale „nasłuchuje” zagrożenia, a relacje z ludźmi stają się polem walki między potrzebą bliskości a lękiem przed odrzuceniem.
To właśnie dlatego dzieci z traumą rozwojową mogą przypominać dzieci ze spektrum autyzmu. Mają trudności z koncentracją, z regulacją emocji, bywają nadwrażliwe, unikają kontaktu wzrokowego, reagują impulsywnie.
Czasami w terapii widać coś niezwykle ważnego: kiedy dziecko z traumą rozwojową trafi do środowiska, które jest naprawdę bezpieczne emocjonalnie, w którym może zrzucić z siebie napięcie, płakać, złościć się, a dorosły wytrzyma to i nie odejdzie, objawy zaczynają słabnąć.
Pojawia się spokój, koncentracja, kontakt. To nie cud. To układ nerwowy, który wreszcie może się wyregulować.
I tu właśnie pojawia się dylemat diagnostyczny.
Niektórzy terapeuci zauważają, że dzieci, które otrzymały diagnozę „autyzmu atypowego” lub „Zespołu Aspergera”, po kilku miesiącach bezpiecznej pracy emocjonalnej zaczynają „wyrastać” z tej diagnozy. Nie dlatego, że autyzm znika, bo autyzm jest neurobiologicznym sposobem funkcjonowania, ale dlatego, że w wielu przypadkach pierwotna diagnoza była błędna.
Objawy nie wynikały z innego „oprogramowania” mózgu, tylko z tego, że dziecko przez lata żyło w stanie ciągłego zagrożenia.
Dlatego różnicowanie traumy rozwojowej i spektrum autyzmu jest tak trudne, ale też tak potrzebne. bo za pozornie tymi samymi objawami może stać zupełnie inna historia.
Van der Kolk i jego współpracownicy zwracają uwagę, że dzieci z DTD często nie mają szansy na odpowiednie leczenie, bo ich cierpienie zostaje zaklasyfikowane inaczej – jako ADHD, autyzm, zaburzenia zachowania czy depresja młodzieńcza.
A tymczasem one potrzebują bezpiecznej relacji, stabilności emocjonalnej i terapii, która pracuje z ciałem i emocjami, a nie tylko z zachowaniem.

